refleksje/świadectwa

List ojca do syna 

 Drogi Synu, piszę ten list do Ciebie, choć tak naprawdę głównym odbiorcą będę ja. Ostatnio pisałem list ręcznie do Twojej mamy w czasach naszego narzeczeństwa. Chcę w nim opowiedzieć zarówno o mojej miłości do Ciebie, moich radościach z Tobą związanych, jak i o moich smutkach i troskach. Chcę w nim zobaczyć moje ojcostwo. Dawno już powinienem to zrobić, ale bałem się, że nie będziesz chciał mnie wysłuchać, a może po prostu lękałem się, że rozmawiając z Tobą, będę musiał zmierzyć się z własną bolesną przeszłością raz jeszcze. Wiem jednak, że nie mogę już dłużej czekać. Kiedy się pojawiłeś, drżałem ze szczęścia, ale i z przejęcia. Rozpierała mnie również duma, że mam pierworodnego syna (pamiętam jak mi zazdrościli w rodzinie, bo wujkowie  w tym czasie mieli córki). Zamartwialiśmy się z mamą, czy damy radę, czy ja będę umiał stanąć na wysokości zadania i być dla Ciebie dobrym ojcem, stworzyć dom, w którym będziesz czuł się bezpiecznie i szczęśliwie. Razem z Twoją mamą czuwaliśmy w dzień i w każdą noc . Zastanawiałem się, jaki będziesz, jak będziesz się rozwijał, w którą stronę podążysz? Snułem plany wspólnych wypraw, przygód, wyobrażałem sobie, jak będziesz się rozwijał. Muszę przyznać, że chyba za bardzo się do tych myśli przywiązywałem. Jesteś bowiem absolutnym mistrzem zaskoczeń.

 Pierwsze zaskoczenie przyszło bardzo szybko. Od początku bardzo dużo chorowałeś, co chwilę wyprawy do lekarza, kolejne badania w poszukiwaniu nie wiadomo czego, kolejne infekcje. Zaskoczyłeś nas tą kruchością a jednocześnie wielką siłą, pogodą w przyjmowaniu tego losu, zaufaniem, którym nas obdarzałeś w tych bolesnych momentach. Miałeś, wbrew pozorom więcej siły i spokoju niż my, sfrustrowani tą sytuacją, zmęczeni niepewnością.

 Zaskakiwałeś nas też tym, jak szybko dawałeś się do czegoś przekonać, jak przyjmowałeś nasze argumenty bez problemu i zaskakujesz nas dziś. Zaskakiwałeś nas tym, jak szybko nauczyłeś się czytać i liczyć. Do dziś nie jestem w stanie wyjść z podziwu jak szybko opanowałeś umiejętność posługiwania się komputerem , którym ty wciąż bezbłędnie operujesz to Twoja autentyczna pasja. I z tego jestem (jesteśmy) bardzo dumni tym bardziej,że stałeś się w tej dziedzinie prawdziwym profesjonalistą. Są jednak rzeczy, których akceptacja w Tobie sprawia mi trudność - wolałem, żebyś w wieku młodzieńczym zamiast znać wszystkie przygodówki czy wirtualne wyścigi czy coś tam jeszcze , zagrał w piłkę, miał nieco więcej sportowego zacięcia, lepszą koordynację ruchową, żebyś szybciej jeździł na rowerze, wspinał się jak koledzy po drzewach i bił z nimi, żebyś… No właśnie… Wszędzie moje oczekiwania.

 Kiedy byłem w Twoim wieku, byłem bardzo do Ciebie podobny. Zrozumiałem to całkiem niedawno. Też odstawałem od rówieśników w wielu aspektach. Tyle że mojego ojca wcale nie interesowało to jaki jestem i kim będę, czy żebym coś, żebym tamto… Pamiętam, że długo nie spełniałem jego oczekiwań bo ich wcale nie było. Jedyne do czego byłem potrzebny to jako pomoc w warsztacie albo w domu i bardzo mnie to bolało. Potwornie. Ale poszedłem mimo wszystko swoją drogą, inną niż większość moich kolegów i po latach usłyszałem od mojego ojca, że jest ze mnie dumny. Jestem pewien, że  kochał mnie , mimo tego ,że nie potrafił tego wyrazić, ani słowami, ani czynem. Ja chcę Ci powiedzieć już , że jestem z Ciebie dumny,  z twoich osiągnięć, ale też z tego, że po prostu jesteś moim synem (co miałem okazję Ci powiedzieć wielokrotnie). To co Ci się przydarzyło nauczyło mnie, jak wiele było we mnie głupoty i egoizmu. Ale w tym jednym aspekcie nie mogę porzucić swojej wizji Ciebie. Mówi się, że ojciec  ma za zadanie  nauczyć swojego syna tego, jak być “prawdziwym mężczyzną”. Niestety nie miałem dobrego nauczyciela i sam nim też nie zostałem. Ta sytuacja nauczyła mnie, że bycie ojcem, to przede wszystkim towarzyszenie i pomoc, dodawanie sił dziecku, w każdych warunkach, w każdej sytuacji, nawet w tej przez nas nie wymarzonej. Mam nadzieję, nie wszystko jeszcze stracone. Ja też Cię kocham. Wybacz mi , i daj  szansę abym ten największy błąd mojego życia mógł naprawić.

                                                         Ojciec

Marek 

Minęło jedenaście lat od zakończenia mojej terapii w Ośrodku w Lublinie. Miałem wówczas 55 lat. Dobrze wspominam ten okres w moim życiu, tak ze względu na osoby prowadzące ten ośrodek, jak również na ekipę naszej grupy terapeutycznej.

Na pytanie czy terapia była dla mnie pomocną uczciwie mogę powiedzieć, że tak. Czy przestałem mieć problemy z pociągiem seksualnym do mężczyzn? Nie!

Na linii dojrzałości do męskości w innym miejscu byłem po terapii, aniżeli przed nią. Żal, że tak późno dane mi było skorzystać z tej terapii. Pierwszym owocem terapii było wyzbycie się homofobi. Dla niezorientowanych może to wydawać się dziwne, ale nigdy nie szukałem towarzystwa wśród chłopaków czy mężczyzn z tzw. środowiska. Przepraszam, raz się zdarzyło. Mój homoseksualizm na tyle był głęboki, że upatrywałem spełnienia jedynie w kontaktach z heterykami. Faktem jest, że najczęściej kończyło się to fantazjami, ale nie zawsze. Ja nigdy nie czułem się prześladowany z tytułu moich skłonności homoseksualnych. Ci, którzy nie musieli o tym wiedzieć, nie mieli tej świadomości, natomiast ci, którzy dowiadywali się o tym nic złego mi nie powiedzieli, a tym bardziej uczynili.

Moim pierwszym krokiem na drodze do panowania nad własnym życiem było nawrócenie w dość spektakularny sposób. Od początku nie miałem wątpliwości, że tą łaskę zawdzięczam Panu Bogu. Ofiarował mi bowiem to czego najbardziej brakowało mi w życiu, miłość. Doznałem uczucia płynącego z góry strumienia miłości, który otaczał mnie niczym snop światła i w istocie nim był. To niesamowite wydarzenie na tyle długotrwałe, aby nie mieć wątpliwości skąd pochodzi, odmieniło moje życie. Wcześniej czasami słyszałem takie słowa-Bóg jest miłością. Brzmiało to dla mnie na tyle abstrakcyjnie, że nie dali mi rady zarówno letni katolicy czy też gorący świadkowie Jehowy. Jak bowiem zrozumieć miłość, której się nigdy nie zaznało? Zostałem obdarowany hojnie. Przez kilka tygodni żyłem w świecie pozbawionym lęku, w jasności umysłu jakiego nigdy wcześniej nie doznałem. Teksty biblijne stały się nagle zrozumiałe, oczywiste. Miłość, której wcześniej nie zaznałem przestała być sloganem. Życie wieczne nie miało dla mnie wcześniej wielkiego znaczenia, bo żyłem odtrącony w wieku czternastu lat przez własnego ojca co powodowało nieustanną traumę. Mój homoseksualizm nie pomagał mi w uporaniu się z problemami, które zwyczajnie mnie przerastały. Na początku przygody z ODWAGĄ jechałem do Lublina, jak pamiętam, z ufnością i nadzieją. Nasza grupa wsparcia na szczęście szczęśliwie wspomagała się na drodze do terapii grupowej. Mnie terapia uzmysłowiła wiele przyczyn moich problemów emocjonalnych, lęków, które pogrążały mnie już w dzieciństwie. Stopień zaangażowania w terapię był w grupie różny, to i jej efekty były różne. Jedno co jest pewne, to nie zwlekać z decyzją, być konsekwentnym i otwartym. Ja przez większość życia czułem się niesiony nurtem rzeki w łodzi pozbawionej wioseł. Teraz mam wiosło, które pozwala mi dopłynąć do brzegu i to ja mogę wybrać czy będzie to lewy czy prawy brzeg.

Marek ze Skarżyska

 

Ze śmierci do życia

Otwarłem właśnie dzisiejszą Ewangelię (J 8,31nn). Uderzyły mnie słowa: „Jeżeli będziecie trwać w nauce mojej, będziecie prawdziwie moimi uczniami i poznacie prawdę, a prawda was wyzwoli”. Dalej czytam: „Każdy, kto popełnia grzech, jest niewolnikiem grzechu”. Słowa Jezusa niosą życie. Dziś znów sobie o tym przypomniałem. Jak bardzo byłem uwikłany i zniewolony, gdy spotykałem się z mężczyznami, by zaspokoić swoje pożądanie. Oddaliłem się od Boga, od Kościoła, pogrążając się przez wiele lat w samogwałcie i pornografii. Na chwilę przynosiło to wszystko ulgę, a później powodowało jeszcze większą pustkę. Szedłem coraz głębiej w grzech, tak że odbiło się to na wszystkich sferach mojego życia: na mojej pracy, na relacjach z rodzicami, znajomymi, na mojej psychice i zdrowiu fizycznym.

Bóg miłosierny patrzył na to wszystko. Nie wiem, co czuł. Wyobrażam sobie, że to było coś na kształt tego, co ja teraz czuję, gdy nasz synek cierpi z powodu jakiejś choroby, a ja nie mogę mu pomóc, tyle że o wiele głębsze i mocniejsze.

Dziś widzę, że Pan Bóg wszystko przemienił w łaskę. Gdy już nie mogłem ze sobą wytrzymać, zacząłem do Niego wołać z głębi serca: Ulituj się, pomóż mi. Pan Bóg od razu mnie wysłuchał. Dał mi siły, żebym zerwał wszelkie kontakty ze środowiskiem gejowskim, z pornografią, z masturbacją. To był cud – Pan Bóg powoli zaczął mnie prowadzić do tego, bym odkrył swoje powołanie. Prawda o mnie zaczęła mnie wyzwalać: jestem pełnowartościowym mężczyzną, powołanym, by być mężem i ojcem.

Byłem tym bardzo zaskoczony - przecież ja się do tego nie nadaję, jestem zniewieściały, kobiety w ogóle mnie nie pociągają. To przecież niemożliwe. Tyle razy słyszałem, czytałem: ty się taki urodziłeś, jesteś gejem, nic tego nie zmieni, bądź sobą i nie próbuj się zmienić, bo wtedy dopiero będziesz nieszczęśliwy.

Jednak dla Pana Boga nie ma rzeczy niemożliwych. Poprzez terapię i spotkania w grupie wsparcia Bóg zaczął uzdrawiać moje zranienia. Od początku tej drogi sprawił, że towarzyszyła mi moja obecna żona, która zmagała się nie tylko z tym, co ja jej fundowałem (czasami nie chciałem jej widzieć, tak mnie odrzucała jej kobiecość), lecz także ze swoimi zranieniami z dzieciństwa.

Dziś mamy dwójkę dzieci, jesteśmy ze sobą bardzo szczęśliwi - nie dlatego, że nie ma problemów i trosk, są one także w naszym małżeństwie, ale dlatego, iż wiemy, że idziemy drogą naszego powołania, że to jest prawda o nas - taki plan przygotował dla nas Pan Bóg. Każdego dnia jesteśmy zadziwieni Jego wspaniałym planem i dziękujemy Mu za nasze życie.

Śmierć i Zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa dokonało się również w naszym życiu. Ja o tym zaświadczam. Jezus zwyciężył świat. Alleluja!

Krzysztof

 

Bóg sprawił, że spotkałam Krzysztofa. Miałam w sercu przekonanie, że to jest człowiek, o którego od dawna się modliłam. Pragnęłam, aby Pan Bóg zachował nas dla siebie, pozwolił się spotkać i doprowadził do ślubu.

Wkrótce po tym, jak się poznaliśmy Krzysztof powiedział mi o swoim problemie. Rozmowę zaczęliśmy modlitwą, a Krzysztof powiedział, że ma nadzieję, iż Pan Bóg przygotował moje serce na to, co mam usłyszeć.

Rzeczywiście, przez różne doświadczenia Pan Bóg mnie przygotował, abym spojrzała na ten problem, na Krzysztofa bez sądu. Abym nie potępiła i nie uciekła, ale weszła w tę relację z ufnością, że Jezus Chrystus może z tej sytuacji wyprowadzić dobro, że choć to wszystko jest dla nas śmiercią, On tę śmierć zwyciężył i zmartwychwstał.

Zgodziłam się wtedy wejść w tę relacje, choć nie było łatwo.

Dużo by można opowiadać... Miałam ciężkie dni, czasem dużo łez, bo Krzysztof był na terapii i wiele przeżywał trudu. Pewnego dnia na przykład powiedział mi, że nie jest w stanie mnie teraz widzieć, bo ma przesyt kobiecości. Czułam się wtedy strasznie, ale wiedziałam, że trzeba czasu i że nie możemy być ze sobą tak, jak większość par. To dla niego za wiele. Trzeba umieć go zostawić, gdy tego potrzebuje i ufać, że Pan to przemieni. Krzysztof był wtedy w takim stanie, że nie dawał mi żadnej gwarancji, iż nasza znajomość pójdzie w kierunku ślubu. Wiedziałam, że być może się rozstaniemy albo może trzeba będzie czekać 10 lat, by się coś zmieniło lub wyjaśniło. Nie mówiliśmy też o sobie, że chodzimy ze sobą. Krzysztof nie potrafił mnie przedstawić jako swoją dziewczynę, mówił, że jesteśmy przyjaciółmi. Wielką pomocą było dla mnie wtedy słuchanie Słowa Bożego we wspólnocie, w której jestem.

Pan Bóg przez terapię bardzo głęboko wchodził i uzdrawiał Krzysztofa. Ale zatroszczył się też o mnie. Terapia Krzysztofa, jego przemiana zmotywowała mnie, by spojrzeć na swoje życie i coś zmienić. W taki sposób przeszłam terapię dla Dorosłych Dzieci Alkoholików.

Ten czas okazał się ogromnie potrzebny, by wejść w głębszą relację i w małżeństwo.

Pan wyprowadził nas ze śmierci. Wysłuchał wołania z głębi serca: Jezusie, Synu Dawida, ulituj się nade mną. Dobrze jest doświadczyć swojej bezsilności, wtedy jest szansa, że to Bóg, a nie ja sam, objawi się jako Zbawca. Życzę odwagi i wytrwałości w wołaniu do Boga. On słyszy wołanie. Na pewno się zatrzyma i nie ominie nikogo.

Pan Bóg chce dla nas tego, co najlepsze. Dla Krzysztofa i dla mnie chciał, abyśmy byli małżeństwem. Tak się stało 12 czerwca 2004 r. Nasz ślub był wielkim radosnym świętem i cudem, a teraz wielkim cudem są dla nas dzieci, które nam Pan powierzył do czasu, gdy same pójdą w świat. Mateusz wkrótce skończy 2 lata, a Marta ma 5,5 miesiąca. Jesteśmy bardzo szczęśliwi i często zachwycamy się tym, co Pan Bóg uczynił. Choć nasza relacja nie zaczęła się od wielkich wzniosłości, ale od krzyża i trudu, to jest to dla nas najpiękniejsza historia.

Jezus Chrystus zmartwychwstał!

Kamila


Czekamy z nadzieją

Gdy pół roku temu najmłodszy syn powiedział o swoich skłonnościach homoseksualnych był to dla nas, rodziców, cios i grom z jasnego nieba. Jak dobrze, że powiedział to nam obojgu jednocześnie, siedząc w kuchni przy herbatce, bo oniemiałam i prawie spadłam z krzesła. Wtedy to mąż, doktor nauk biologicznych, przytomnie powiedział, że nie ma dowodów na to, że ze skłonnościami homoseksualnymi człowiek się rodzi i taki musi pozostać. Poza tym byliśmy zupełnie nieprzygotowani do tematu, o którym wiedzieliśmy, że istnieje, a my nie mamy z tym nic wspólnego. Problem nas przerastał, czuliśmy się z mężem bezradni, bezsilni, choć syn cierpiał i potrzebował naszej pomocy. Bardzo szybko znaleźliśmy kontakt z ODWAGĄ. Daliśmy te namiary naszemu synowi ze słowami, że mu się może przydadzą, gdyby chciał podjąć decyzję o terapii. I czekaliśmy. Dzięki Ci, Panie, że istnieje dom na Sławinku. W tej chwili nie chcę nawet wracać myślami do atmosfery domowej, bólu, łez, zamętu, w jakim żyłam, zanim rozpoczęła się w Lublinie terapia dla matek. W dniu mojego wyjazdu na pierwsze spotkanie grupy syn zadeklarował, że chce podjąć terapię. Frunęłam do Lublina jak na skrzydłach. W tej chwili, po trzecim zjeździe, jestem kobietą odmienioną, szczęśliwą.
Dzięki Ci, Panie, za mądrość terapeutki i każdej osoby z domu na Sławinku, za moje siostry z grupy, za słowa każdego z Bożych kapłanów. Dziś dostrzegam już sens doświadczenia, przez które przechodzimy i jego wartość dla mojego małżeństwa. Cieszę się, że po trochu i mąż mój zaczyna to widzieć. Cieszę się, że widzę, jak dobrym, mądrym, szlachetnym człowiekiem jest nasz syn. Czekamy.
Matka


Robię to tylko dla mojego dziecka

Jestem ojcem, którego syn ma problemy z orientacją seksualną. Nie mówię, że jest homoseksualistą – nie przechodzi mi to przez gardło. Nie mogę tego zaakceptować i mam nadzieję, że to jest tylko stan przejściowy i mój syn będzie – chce się powiedzieć – normalny.

Wszyscy rodzice w takiej sytuacji czują się bardzo zaskoczeni. Wcześniej zdarzało mi się wypowiadać niepochlebnie o homoseksualistach, więc jak teraz sobie z tym poradzić?

Szukając pomocy u lekarzy psychiatrów, dowiedziałem się, że najlepiej wysłać syna do Anglii. Tam jest tolerancyjne społeczeństwo, łatwiej mu będzie żyć.

Zrozumienie i pomoc otrzymaliśmy dopiero w Lublinie w ODWADZE, w Ośrodku Ruchu Światło-Życie. Syn, za namową jego znajomego księdza, zaczął jeździć na spotkania chłopców do ODWAGI. Niestety po drugim zrezygnował. Na spotkania dla matek zaczęła jeździć moja żona – widziałem, jak się zmienia już po pierwszym. Bardzo trudno jej było przyjąć do świadomości i pogodzić się z faktem, że nasz syn jest homoseksualistą. Była tak załamana, że obawiałem się o jej stan psychiczny. Do tej pory oboje leczymy się psychiatrycznie z depresji. Gdyby nie to, że trafiliśmy na dobrego psychiatrę, nie poradzilibyśmy sobie sami.

Grupy dla matek w Lublinie funkcjonują już od kilku lat, zorganizowanie ich dla ojców było trudniejsze i tylko dzięki cierpliwości osób pracujących w ODWADZE taka grupa powstała.

Jadąc po raz pierwszy na spotkanie dla ojców mówiłem sobie, że niczego od tych spotkań nie oczekuję, one mi nic nie dadzą, robię to tylko dla mojego dziecka. Kiedy terapeuta spytał każdego z przybyłych ojców, czego oczekują od tych spotkań, wszyscy twierdzili tak samo jak ja, że niczego, że są tu tylko ze względu na swoje dzieci. Nawet mnie to nie dziwiło, było to oczywiste z punktu widzenia mężczyzny. Teraz wiem, dlaczego zapoczątkowanie grupy ojców tak długo trwało - nie widzieliśmy w tym sensu. Kierowała nami męska logika: mnie nie pomoże, ja sobie z tym problemem sam poradzę, ale może to coś da mojemu dziecku.

Dużym przeżyciem było dla nas spotkanie z ojcem, który specjalnie przyjechał z południa Polski, aby opowiedzieć o swoich problemach z synem i ze sobą. Mówił, jak z tego wychodził i jak teraz wygląda życie jego i rodziny. Wszyscy go słuchali i widać było, że czekają na gotowe recepty, jak sobie radzić w takiej opresji. Wszyscy czekali na moment, kiedy powie, że jego syn nie jest już homoseksualistą. Nie powiem, że byliśmy zawiedzeni czy rozczarowani tym, co usłyszeliśmy, ale jednak brakowało nam szczęśliwego zakończenia. To szczęśliwe zakończenie w opowieści było, tylko na razie dla niego, a nie dla nas. Powiedział, że jest szczęśliwym człowiekiem. Zanim odbył miesięczną indywidualną terapię, był w fatalnym stanie psychicznym. Teraz jest pogodzony z losem i z Bogiem.

Na trzecie spotkanie czekam już niecierpliwie, tym bardziej, że musieliśmy przesunąć termin o dwa tygodnie później. Teraz wiem chyba, po co tam będę jeździł i widzę w tym sens.

Henryk