Nadia i Michał
Nadia
Jesteśmy małżeństwem od ponad 20 lat. Mamy wspaniałe dzieci. Kilka lat wcześniej przeżyliśmy rodzinny kryzys. Z perspektywy czasu dziękuje Bogu za ten kryzys i za to, że wydarzył się wcześniej. Dzięki niemu nauczyliśmy się żyć razem, rozmawiać, wspólnie działać, troszczyć się o jedność małżeńską. W tym klimacie nawet nie pomyślałam, że może pojawić się jakiś problem z naszą córką. Czy zauważałam wcześniej jakieś oznaki? Niekoniecznie. Wprawdzie nasza córka była non stop przyklejona do telefonu, zamykała się w pokoju, miała stany depresyjne, cięła się, nocowała u koleżanki. Ale wszystko to wiązałam z powodami innymi niż homoseksualne skłonności. Niepokój wzbudziło we mnie to, że córka, która dotąd była niedostępna, zaproponowała mi wspólne oglądanie filmu. Tylko ona i ja. Marzenie każdej mamy. Po chwili okazało się, że oglądam film o tematyce lesbijskiej. Nie byłam w stanie przez to przebrnąć. Pewnego razu córka zaprosiła do domu koleżankę. Cieszyłam się, że ma przyjaciółkę, lecz gdy zobaczyłam je całujące się i przytulające w sposób, który nie świadczył o kobiecej przyjaźni, tylko o erotycznej relacji, zmroziło mnie. Uczuć, jakie mi wtedy towarzyszyły, nie jestem w stanie opisać. Na pewno pojawiło się niedowierzanie i złość. Po etapie zagubienia przyszło otrzeźwienie. W głowie miałam słowa: działaj i znajdź wsparcie. Przeszukiwałam Internet. Strony afirmujące homoseksualizm odpadały, nie przemawiały do mnie w żaden sposób. Nie było łatwo. Zadzwoniłam do ODWAGI. Namówiłam męża, by pojechał ze mną na to spotkanie. Z początku był sceptyczny . Myślał, że jak zwykle przesadzam, ale udało się, pojechaliśmy razem. W Odwadze znaleźliśmy wsparcie. Byli tam rodzice, którzy mnie rozumieli. Nic nie musiałam ukrywać, wylałam morze łez. Tam otrzymaliśmy też wskazówki, co robić dalej. Działamy razem: ja i mój mąż Michał. On się wycofywał z życia córki. Ja próbowałam w nim zaistnieć. Miałam wrażenie, że mąż zna ją lepiej. Wie, kiedy i czego potrzebuje. Ale bardzo się starałam. Ze względu na moje doświadczenia z wczesnego dzieciństwa nie wiedziałam, jak być dobrą matką, nie znałam matczynej opieki i przytulenia. Uczyłam się na nowo być matką: uważną, kochającą, nienarzucającą się, obecną. Z początku czułam się niezdarnie. Z czasem stało się to czymś normalnym. Dużo się modliłam. Moja relacja z Panem Bogiem zacieśniła się. Oddałam moją córkę Maryi. Kiedy miałam poważnie porozmawiać o czymś z córką, najpierw układałam sobie w myśli, co chcę jej powiedzieć; potem pytałam zaufanych osób, czy tak może być; następnie ćwiczyłam wypowiedzi przed lustrem. Może to komuś wydawać się śmieszne, ale dla mnie była to nowość, a przede wszystkim droga do osoby, na której mi zależy. Bardzo kocham córkę i to mnie dopingowało do pracy nad sobą. Razem z mężem postanowiliśmy wytyczyć córce pewne granice. Konsultowaliśmy ze sobą daną sprawę, a następnie razem przedstawialiśmy córce to, co ustaliliśmy. Z początku Michał był wycofany podczas tych trudnych rozmów, ale wystarczała mi jego obecność. Czułam, że nie jestem sama i mogę liczyć na wsparcie męża. Po jakimś czasie sytuacja się zmieniła. Obecnie to on mówi o trudnych rzeczach. Zadziwia mnie swoją postawą. Jest bardzo konkretny, stanowczy, ale też i słuchający. O takim mężu zawsze marzyłam. Zakochuję się w nim codziennie!
Michał
Co było najbardziej trudne dla mnie jako ojca? Odsunięcie się od córki. Przecież to moja córeczka, księżniczka. Dla niej wszystko (np. przemycanie słodyczy, podwożenie do szkoły, nawet kiedy praktycznie była dorosła, a przystanek autobusowy na wyciągnięcie ręki; zapewnienie dobrego telefonu – o wiele lepszego niż mój – aby miała z nami kontakt). To wycofanie się nadal jest dla mnie niełatwe, choć trwa już kilka lat. Trudne są chwile, gdy w jakiejś sytuacji moim naturalnym odruchem byłoby przytulenie córki, pomoc w problemach, podanie gotowych rozwiązań, wyręczenie. Mam w tym dać pierwszeństwo żonie? A nawet podpowiadać jej, kiedy można się do córki przytulić, kiedy zaproponować pomoc, przygotować kanapkę? Co ciekawe, ja z kolei mam problem w relacji z synami: jak coś z nimi zrobić, o czym rozmawiać. I tutaj żona częściej mi podpowiada: to jest czas na wasze wspólne bycie i działanie. Uczymy się nawzajem tych odniesień, ale nadal wiele jest tu do zdziałania. Do tego potrzebny jest czas, jaki poświęcamy dzieciom, ale też sobie nawzajem. I w tej materii sporo jeszcze przed nami. Teoretycznie wiemy o tym dobrze, ale nie raz czas przecieka przez palce i niezbyt częste są dobre spotkania z bliskimi. Przy tym nierzadko daje o sobie znać jedna z moich wad: zapominanie. Zapominam, że to ważne, aby Nadia zbliżała się do córki, a ja do synów. Że to nie jest jednorazowa sprawa, ale stały proces. A ja w tym procesie potrzebuję wciąż sobie przypominać, jakie są priorytety. Podstawowy to jedność małżeńska, a mnie nadal raz po raz zdarza się negować zdanie żony przy dzieciach (choćby tylko mimiką, gestem, pojedynczym słowem). Trudności z córką otworzyły przed nami perspektywy stałego troszczenia się o relacje między nami, o relację z Bogiem.
Nadia
Zaczęłyśmy się z córką do siebie zbliżać. Dużo rozmawiałyśmy, wspólnie gdzieś wyjeżdżałyśmy. Córka z osoby wycofanej stała się bardzo otwarta i towarzyska. Największą nobilitacją jest dla mnie fakt, że kiedy znalazła się w kryzysie, to zadzwoniła do mnie, a nie – jak to zwykle bywało – do taty. Chciałabym móc powiedzieć, że kryzys w naszej rodzinie minął. Niestety trwa nadal. Nie ustajemy w modlitwie i pracy nad sobą. Najważniejsze jest to, że każdy z nas poznał swoją rolę i miejsce w rodzinie. Wcześniej nie zauważaliśmy pomieszania w tej kwestii.